Ostatnia niedziela Adwentu.
Pierwszy dzień zwolnienia tempa. Powtórzę się, ale miałam ostatnio bardzo intensywny czas. Po przedstawieniu, męczących próbach, papierologii, na zakończenie jeszcze kontrola z kuratorium…
Wczoraj rano obudziłam się, nie wiedząc gdzie jestem. Wczesne zakupy, krzątanina w kuchni, hiszpański i z powrotem do kuchni. Wczoraj zagościł tam zapach pierników i rogalików z makiem, pachnących pomarańczami. Łapczywe odreagowanie ostatnich dni. Mimo że były pracowite, co jakiś czas błyskało w nich światło. Radość mnoży się, kiedy ją dzielisz. 2 kg życzeń dla dzieci w Kazachstanie. Przedstawienie dla dzieci w szkole specjalnej. Dzień Wolontariusza. Wyjazd na termy. Uczennice pytające o moje zdrowie. Dobro wracało w ciepłym słowie, niespodziewanym podziękowaniu, w drżącym uścisku, w radosnym uśmiechu. Lekki trzepot serca. Pocieszenie.
Od trzech tygodni chodzę na Roraty. Zastanawiałam się, jakie postanowienie podjąć, czego sobie odmówić. I tak wstaję ok. 5.00. Zapalam świeczkę w drewnianym lampionie i w ciemności pędzę do kościoła. Tuż po 6 rano zaczynają się Godzinki ku czci Najświętszej Maryi Panny. Jedyny czas w roku, kiedy są śpiewane o świcie, w ciepłym blasku świec. Światło wyłaniające się z mroku. Radosny śpiew. Po Godzinkach Msza Św., rozpoczynająca się od słów “Rorate caeli desuper et nubes pluant justum - Spuśćcie rosę niebiosa i obłoki niech wyleją sprawiedliwego”. Chorał z łacińskim tekstem. Piękna melodia, osnuwająca tajemnicą naszą zabieganą codzienność, w której coraz mniej miejsca na Prawdę.
Jako dziecko chodziłam na roraty. Potem miałam bardzo długą przerwę, ale po narodzinach B. zaczęłam tęsknić za tym wyjątkowym nabożeństwem. W zeszłym roku udało mi się dotrzeć na kilka z nich. W tym roku, mimo, że zaczynam lekcje wcześniej niż w poprzednim, udaje mi się tak zorganizować dzień, aby móc rozpocząć go we właściwym porządku.
Wczoraj piekłam pierniki, dziś lukrowałam je przez kilka godzin. Jeszcze kolorowy sznureczek i będą gotowe do powieszenia na choince...













