Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróż. Pokaż wszystkie posty

sobota, 20 października 2018

O wakacjach w biegu

Ani się nie obejrzałam, a tu już połowa października.
Upalne lato łagodnie przeszło w złotą jesień. Niestety, tempo życia wzrosło.
Mimo że wakacje były czasem odpoczynku, w całości były bardzo intensywne. Mimo że nie planowałam żadnych dłuższych ani dalszych wyjazdów, ciągle byłam w ruchu, wśród przyjaciół. Do tego sporo tłumaczeń związanych z wyjazdem panamskim i plażing-smażing na podwórku. Rodzinne uroczystości i odwiedziny przyjaciół.
Zagłuszałam ciszę i samotność.
I tak Kraków i Wadowice. Tam wiadomość o wyjeździe do Sewilli. W ogóle to był czas niesamowitych wiadomości i szalonych spotkań. Potem kajakowy spływ w najgorętszy dzień roku. Następnie, tradycyjnie już pielgrzymka na Jasną Górę - mimo awarii wózka znowu daliśmy radę. B. marudził o wiele mniej i pęcherzy też wyskoczyło mniej. A potem wyjazd do Zduńskiej Woli i znowu wszystko "kliknęło" na swoje miejsce. Jeszcze Skyway Festival w Toruniu, zumbowanie w Slesinie i wakacje dobiegły końca.
Nowy rok szkolny rozpoczęłam z obawą, jak pogodzę nowe obowiązki związane z pójściem B. do pierwszej klasy z moimi zajęciami. Póki co, jakoś dajemy radę.






sobota, 30 grudnia 2017

To sum up

Mimo że minęło już południe, w cieniu sosnowego lasu szron nadal chrzęści pod butami. Drobinki lodu skrzą się na trawie i wśród mchu, niczym rozsypane kryształy. Oślepiające słońce, którego nie mogłam się już doczekać. Mroźne powietrze pachnące świerkiem i sosną. Cisza. Przypominają mi się zimowe spacery po kolana w śniegu po lesie, blisko którego kiedyś mieszkałam. B. spał w wózku, a ja nie mogłam napatrzeć się na śniegową kołderkę pokrywającą świat.

Jutro Sylwester. Nie podzielam entuzjazmu większości. Tańce - tak. Pijaństwo - nie.
W ramach podsumowania otworzyłam mój słoik szczęścia, do którego starałam się wrzucać karteczki przypominające o radosnych wydarzeniach tego roku. Wytrwałam w notowaniu tylko do czerwca, resztę tych chwil staram się zatrzymać w pamięci; część utrwaliłam wcześniej na blogu. Co znalazłam na kolorowych kartkach? Kilkanaście szalonych wyjazdów z przyjaciółmi - na koncerty, na kolacje, na spacer. Wiersz, który dostałam na imieniny. Wysłuchane modlitwy. Dopisałabym jeszcze Wyspy Kanaryjskie, Gdynię, Toruń, Podlasie, Częstochowę i Estonię, kajaki i pielgrzymkę z B., letnie bieganie, taniec w deszczu, podstępne niespodzianki od przyjaciół i dla przyjaciół, ich trwanie przy mnie, różne rekolekcje, wieczorne rozmowy, kupno domu i zamknięcie wszystkich formalności.
Dla równowagi, nie zawsze było cukierkowo. Osoby, na których się zawiodłam. Chwile samotności i powrotów do trudnych momentów z przeszłości. Duchowe wyzwania i trudności. Czas ciemności. Wszystko potrzebne i wartościowe. Nic nie dzieje się bez powodu.
Nowy rok to będzie rok zmian i wyzwań -  jeszcze zimą czeka nas przeprowadzka, a od września B. pójdzie do szkoły. W pracy wiosna zapowiada się gorąco - dużo gości z zagranicy. Reszta będzie niespodzianką.

sobota, 16 grudnia 2017

grudniowo zimowo...

Grudzień to zawsze dla mnie intensywny czas. W tym roku jakoś tak bez rozpędu, na uchodzącym powietrzu.
Od dawna wyczekiwane roraty i poranne pobudki dużo wcześniej niż zwykle. W tym roku spóźniamy się na śpiewanie godzinek, ale staramy się z B. jak możemy, żeby za dużo nie stracić. Imponuje mi obowiązkowość mojego syna - wieczorem pytam go, czy wstaje rano ze mną. Odpowiedź jest twierdząca. Rano oglądam jego walkę ze snem; wysiłek, żeby otworzyć oczy, które nie chcą się otworzyć... Zmaganie ze skarpetkami, które nie chcą współpracować. Kłopoty z koordynacją. Pośpiech.
Ciemność rozjaśniona migoczącym światłem świec i lampionów. Roratae caeli desuper... Jedyny czas w roku, kiedy śpiewamy po łacinie. Adwent - radosne oczekiwanie. Moje w tym roku jakieś puste. Może to niedobór snu, może ogólne zmęczenie po I półroczu, może brak słońca. Niechęć do papierologii, za którą z roku na rok coraz trudniej jest mi się zabrać. Samotność.
Wyróżnienie w przedszkolnym konkursie na najpiękniejszą ozdobę bożonarodzeniową. Kolędowanie w wykonaniu dzieci, B. poważnie recytujący zwrotkę wiersza. Co roku mam to samo - łzy same cisną się do oczu. Takie wyjątkowe, świąteczne, matczyne wzruszenie.
Świąteczne szaleństwo zakupowe w pełni. Wszystkie media bombardują mnie hasłami, które mają mnie przekonać, że moje święta będą nieudane bez kolejnych gadżetów, ozdób. Perfekcyjna pani domu ma wszystko pod kontrolą, jeśli nie - nie jest perfekcyjna...
Czekam i nie czekam na święta. Czekam na odpoczynek, który przyniesie mi ciszę i brak zajęć, które z kolei nie są dla mnie łatwe. B. pojedzie do ojca - skutki pewnych decyzji, które odczuwam boleśniej w każde święta. Każdy idzie do swojego pokoju. Najchętniej poszłabym na spacer, ale głupio tak spacerować samotnie w święta... Trudne jest dla mnie radosne oczekiwanie. Bardziej jest to we mnie decyzja woli.
Czasem te szarości rozświetlają wydarzenia, których nie jestem w stanie przewidzieć. Prawdziwe prezenty. Nie spodziewałam się, że jeszcze w tym roku będę nad morzem, i to w Estonii. Regularna sauna pomogła mi się rozgrzać i rozluźnić. Stres związany z wyjazdem i tłumaczeniami okazał się niepotrzebny. Za to wyjazd był mi potrzebny... Zupełnie obcy język. Otwarci ludzie. Skandynawska zabudowa; drewniane domki ukryte wśród sosen. Deszczowy dzień ciemny i ponury, przypominający zmierzch. Bałtyk groźnie szumiący w oddali. Oślepiające słońce, przedzierające się przez warstwę chmur. Zachód słońca na Łotwie - blady błękit przechodzący w rozmytą cytrynową żółć i czarne zarysy drzew na horyzoncie.
Poczucie wdzięczności zmienia perspektywę - mnogość wypełnia brak. Daje radość, spokój. Czułam się naprawdę obdarowana tym wyjazdem.
Dziś upiekłam pierniki. Jutro lukrowanie.



piątek, 8 września 2017

Ciepłe światło

Wrześniowy listopad, zimno, wietrznie, deszcz padito…
Wspomnienia wakacji coraz bardziej abstrakcyjne i odległe.
Chowam się w swetrach i dżinsach. 
W ogóle chowam się. W sobie.
Sukienki smutno wiszą w szafie. 
Jest tak szaro i buro, że pierwszy raz od prawie pół roku pomalowałam paznokcie...
W lesie mi dobrze.
Zieleń, wysiłek, odpoczynek od myślenia.
Nie trzeba silić się na elegancję.
Wczoraj miałam spadek formy.
A wieczorem w planach wyjazd, który w ostatniej chwili opóźnił się o prawie 1,5 godziny. 
Zapadający zmrok i deszcz.
Wątpliwości, czy wyjeżdżać tak późno...
Na miejscu ciepłe, subtelne światło. 
I muzyka. Muzyka, która mnie otwiera.
Przychodzi wielka wdzięczność i wzruszenie, odbierające mowę i oddech.
Łzy, których nie sposób zatrzymać. 
Harmonia dźwięków i piękne głosy.
Momentami słuchać szept spowiedzi.
Muzyka najpierw jest delikatna, stopniowo nabiera mocy, wypełnia całą przestrzeń, mam wrażenie, że zaraz rozsadzi mury. 
Nie bój się, zaufaj. On sam będzie działał.
Uświadomiłam sobie jak bardzo brakuje mi muzyki, śpiewania, uwielbienia…
Tęsknię za tą atmosferą.
Poczułam, jaka spięta chodzę od pewnego czasu - ramiona, szyja, plecy… ostatnio nie mogłam śpiewać. 
Żyję albo przeszłością i pozwalam, by miała na mnie wpływ, albo czekam na coś.
Na cel, sens.
Nie ma mnie 'tu'. 
Czuję, że zwalniam.

piątek, 25 sierpnia 2017

Mówię do siebie

Ciepły wieczór w stolicy.
W centrum tłumy ludzi. Weekend. Na pasach grupy ludzi liczne jak pielgrzymkowa grupa. Miejskie zapachy.
W ulicznym szumie nie słychać, jak rozmawiam sama ze sobą. Tłumaczę sobie rzeczywistość, sama siebie przekonuję. Mówię do siebie. Czasami mówię po angielsku, rzadziej po hiszpańsku. Kiedy nikt nie słyszy. Inna melodia języka, ton głosu.
Wracam z otwarcia wystawy '4x Sally' - synoptyczny portret Sally'ego Perela według F. Derschmidta i S. Leva. Niedawno przetłumaczyłam napisy do 2 z 8 wywiadów, z których 6 jest wyświetlanych na wystawie. Jeden człowiek, dwie osobowości, oprawca i ofiara w jednym ciele, Żyd i nazista. Opowiada o swoich przeżyciach z czasów wojny. Historie różnią się w zależności od tego, z którą osobowością rozmawiasz, w jakim języku i czy jesteś kobietą czy mężczyzną. Znajomość jezyka, w którym opowiadasz, determinuje to, co mówisz, ogranicza, kształtuje, walczysz ze składnią i uciekającymi słowami.
Ciekawe uczucie - oglądać anonimowo owoce swojej pracy, napisy do wywiadów wyświetlanych na dwóch przeciwległych ścianach. I nazwisko na liście osób zaangażowanych w projekt. Znalazłam się tam przypadkowo - zastąpiłam koleżankę, która wycofała się z tłumaczeń. Ja, zwyczajna nauczycielka.
Pospacerowałam Krakowskim Przedmieściem. Autobusem wróciłam do brata.
Chłód parku, świerszcze i cichnący zgiełk miasta wzdłuż cmentarza Powstańców Warszawy. Wolę wiejską ciszę.

środa, 16 sierpnia 2017

O czym marzysz?

Zaczęłam dziś kolejne tłumaczenie, tym razem kurs. I znowu mną telepie od środka. Idzie mi powoli. Smutno mi, niepokój jakiś. Czy dam radę? Planowałam “wyrobić się” we wakacje, a tu nie zanosi się. Do tego dochodzi kwestia przygotowania podpisów do ośmiu półgodzinnych sesji… Jak się za to zabrać od strony technicznej? Może austriacki znajomy coś podpowie.
Komplikacje w związku z domem. Zaplanowany wyjazd odkładany z dnia na dzień. Brak noclegów. Niedogadane terminy i sprzeczność interesów.
Tatry. Tęsknię za ciszą, szumem wiatru wśród smreków, zapachem lasu, cichą melodią górskiego potoku. Krzeptówki. Tak dawno tam nie byłam.
Po tygodniu spędzonym na dworze, moje ciało domaga się świeżego powietrza.

Kiedyś mi się wydawało, że nie mam z kim pogadać, kiedy miałam z kim pogadać. Teraz to dopiero nie mam z kim pogadać… Zostaje pisanie.

Wczoraj narodził się nowy pomysł, marzenie. Żeby w przyszłym roku iść na Camino de Santiago. Jestem coraz starsza, forma coraz gorsza, nie ma co czekać do 40-tki, nie jestem najmłodsza. Duch wprawdzie ochoczy, ale ciało słabe…
Dziś czytałam tekst o dorastaniu i marzeniach:
Ciekawe myśli o marzeniach właśnie. Nigdy nie zastanawiałam się, co mi o mnie mówią moje marzenia. 
O czym marzę? O podróżach - nowe miejsca, piękno świata, nowi ludzie, pokonywanie siebie, swoich ograniczeń, słabości. Po pielgrzymce i spotkaniem ze św. Jakubem w Szadku Camino nie daje mi spokoju, a właściwie daje spokój. Wśród gonitwy myśli, marzenie o wędrowaniu przez Hiszpanię daje mi spokój. Mimo że co rano budzi mnie jeszcze ból nóg i nie mogę odespać.
Uda się?

sobota, 12 sierpnia 2017

Mi camino

Pielgrzymujemy.
Ja i B. Do Częstochowy.
Po 4 dniach narastającego skwaru, dziś powitała nas ulewa - sandały świetnie sprawdziły się w bosym wędrowaniu w strugach deszczu.
Noclegi w szkołach.
Na stopach pęcherze, opuchnięte łydki, zakwasy, asfaltówka podchodząca krwią.
Wspólnota.
Sama nie dałabym rady...
Ofiarne ręce pomagały mi pchać przyczepkę B. Przez ponad 100 km.
Rolnicy przerywają pracę, żeby nam pomachać.
Łzy w oczach mijanych osób, wzruszenie odbierające mowę.
Modlitwa we wspólnocie.
Podziękowania za świadectwo. Miłe słowa.
Zwątpienie, czy dobrze zrobiłam zabierając B. na pielgrzymkę.
Umierania ciąg dalszy.

Jakie dobro z tego wyniknie?
Po drodze mijamy kościół pod wezwaniem św. Jakuba.
Santiago y mi camino.
Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą.
Jutro Częstochowa. Jasna Góra.
Koniec pielgrzymki

poniedziałek, 24 lipca 2017

Na wsi

Wracam tu każdego roku.
Dzieci szybko rosną.
Tupot bosych stóp na drewnianej podłodze.
Momentami dzikie wrzaski i odgłosy walki na śmierć i życie.
- To w co się bawimy? W Napoleona czy w II Wojnę Światową?
Sklep z miękkim błotkiem.
Mizia i jej jeszcze ślepe kociaki.
Prążek szczególnie bliski sercu B.
Niespieszne spacery w poszukiwaniu odpowiedniego kadru.
Wspólne gotowanie i pieczenie ciasta.
Codzienne wycieczki krajoznawcze. Bociany spacerujące niemal pod oknem.
Wkoło soczysta zieleń.
Papierówki spadające wprost pod nasze stopy.
Mój drugi dom.

niedziela, 23 lipca 2017

Umieranie

Sokółka. Cud eucharystyczny.
- Okłamałaś mnie. Wcale mi tu nie było cudownie. - żali się B.
- Chodź, coś Ci pokażę.
Prowadzę go do kraty przy bocznej kaplicy. Na ołtarzu Najświętszy Sakrament. Biały Chleb z widoczną czerwoną plamką.
- Widzisz tą czerwoną plamkę?
- Mhm - mruczy zrezygnowany.
- To jest kawałeczek serca Pana Jezusa. Prawdziwy.
- Naprawdę? - słyszę wyraźne ożywienie w głosie. Jak wytłumaczyć 6-latkowi to, co widzi w odniesieniu do tego, czego nie widzi?

Szum wiatru wśród krzyży wiszących jedne na drugich, jak kiście winogron. Każdy krzyżyk to jeden człowiek, jedna intencja, prośba, dziękczynienie. Duże i małe. Wkopane w ziemię i wiszące. Cichy stukot drewienek poruszanych letnim wiatrem.

Krople deszczu spadające na okno dachowe. Nocna muzyka.
Cicha noc. Ciemna noc. Niezakłócona latarniami. Czerń jest czarna, a nie bura.

Oczekiwanie na cud. “Oczekuj cudów już dziś, już teraz za nie dziękuj, one już się dzieją, tylko my tego jeszcze nie widzimy.” - powiedziała do mnie Basia.

Moje życie pod wieloma względami różni się od życia moich przyjaciółek. Mogłabym się z nimi porównywać, tylko po co? Każda z nas znalazłaby coś, czego mogłaby pozazdrościć tej drugiej. Przypomniało mi się, jak kilka lat temu dokuczało mi “wyalienowanie”; ludzie w moim otoczeniu dziwili się, skąd brałam siłę do różnych przedsięwzięć, dbania o siebie. Odstawałam, wyróżniałam się, rzucałam się w oczy, mimo że nie było to moim celem.
Wczoraj trafiliśmy z B. na urodziny do jego rówieśnika. Dużo dzieci w różnym wieku. Mamy, ciocie, dziadkowie. Przyzwyczaiłam się już do tego, że wszędzie chodzę sama. Nauczyłam się już. Ale co jakiś czas słyszę pytania w stylu: ile pani ma dzieci?. Tylko jedno? Wczoraj nie wytrzymałam… Może to było mało eleganckie, ale skuteczne. Powiedziałam, że nie zdążyłam urodzić więcej, bo się rozwiodłam. Pominęłam jedno w niebie.

Moje pragnienia, tęsknoty. Moje umieranie. Czasem wręcz fizyczny ból, aż trudno złapać oddech. Opanować łzy.
Pożegnania. Odchodzenie, tymczasowość.
Każdy koniec to nowy początek.
Coś nowego w każdej małej śmierci.

Moje imię. Marta. Mara - gorzka, strapiona, silna. O wyrazistym smaku.
Słaba, ale silna. Dużo mogę znieść. Moc w słabości się doskonali (2 Kor 12,9).
 
 


niedziela, 16 lipca 2017

Oderwanie


Śmiech przyjaciół.
Żarty i suchary.
Szybkie spotkanie z Lilą po prawie 12 latach.
Biały piasek pod stopami, we włosach, na twarzy.
Słońce rozgrzewające ciało.
Błogie leżakowanie.
Szum fal.
Wielki błękit nieba.
Szmaragd wody.
Zimne fale, które niemal przewracają.
Wiatr smagający piaskiem.
Poranne bieganie - 'nigdy więcej!'
Dni przeplatane modlitwą.
Hospicjum dla dzieci.
Malutki Alan - tak mogło wyglądać Moje Maleństwo.
Pan Ryszard przy łóżku swojej żony Heleny. Ona gaśnie, on jest przy niej.
Kto będzie przy mnie w ostatnim czasie?
Wspomnienia związane z miejscami - stare zastępuję nowymi.
Song of Songs Festiwal 2017.
Jestem zwierzęciem koncertowym. Może stagediving nie jest dla mnie, ale poskakać jeszcze lubię.
Dźwięk otacza mnie zewsząd.
Muzyka prowadzi moje ciało.
Taniec, ruch, radość, euforia.
Powrót do muzycznych korzeni.
Dobry to czas.
Czas prezentów od Niego.
Oderwanie się.
Uwielbienie.
Wspólnota.
 

poniedziałek, 6 marca 2017

Footprints: el camino de tu vida

Od dwóch miesięcy bardzo chciałam obejrzeć ten film. Ale od początku same przeszkody: najbliższe kino wyświetlające go oddalone o 120 km, wczesne godziny projekcji, zdarzyło mi się nawet napisać i zadzwonić do pobliskiego kina z uprzejmym zapytaniem, czy planują takowy film wprowadzić na swój ekran. Znajomi mieli ze mnie ubaw - twierdzili, że tylko ja pojechałabym do kina z całego rejonu… 

Nie potrafię odszukać w pamięci momentu, w którym postanowiłam, że kiedyś wybiorę się na Camino. W styczniu obejrzałam “Drogę życia” z Martinem Sheenem i Emilio Estevezem. Mój apetyt na pielgrzymowanie wzrósł. Po obejrzeniu “Śladów stóp” miałam ochotę wyruszyć prosto z kina.
Miałam jedno nieudane podejście, aby w końcu go zobaczyć dwa tygodnie temu, ale z powodu nadmiaru spraw, dotarłam na “Milczenie" M. Scorsese.

W końcu wczoraj udało mi się spełnić swoje marzenie i obejrzeć film Juana Manuela Cotelo. Kameralna sala kinowa na ok. 15 osób. Było nas może dziesięcioro. Film spodobał mi się już od pierwszych sekund. Spotkałam się z recenzjami zarzucającymi reżyserowi katolicką propagandę i cukierkowe przedstawienie pielgrzymowania do Santiago de Compostela. Powiedziałabym, że jest ono ukazane w radosny sposób. Cukierkowo nie jest; nie brakuje cierpienia, pęcherzy, chwil słabości. Jak sugeruje jeden z bohaterów dokumentu, cierpienie fizyczne stwarza okazję do skupienia się na sobie i zamknięcia się na drugiego człowieka. Jeśli się temu oprzemy, cierpienie sprawia, że dojrzewamy. Widzimy jak Camino testuje możliwości i wytrzymałość pielgrzymów. Jak poznają swoje granice. Film pokazuje też, jak wspólne pielgrzymowanie zbliża ludzi, jak stają się przyjaciółmi, jak powstaje wspólnota. Wspólna droga stwarza okazję do okazywania sobie nawzajem miłości - ciepła, wsparcia, pomocy, troski, wspólnego przeżywania trudów i radości.

“Ślady stóp” przywołały wspomnienia mojego pielgrzymowania do Częstochowy, Lichenia, na ŚDM. Doświadczyłam tam tego, o czym mówili pielgrzymi na Camino. Dlatego jestem nieobiektywna i oświadczam, że film zrobił na mnie duże wrażenie. Przywołał wspomnienia polowych Mszy św. w lesie, na studni. Warto zobaczyć ten film również ze względu na piękne zdjęcia hiszpańskich krajobrazów i zabytków.
Przy najbliższej okazji obejrzę go jeszcze raz.

czwartek, 9 lutego 2017

La Isla

Życie zamknięte w walizce. 2 dni w podróży i wreszcie jesteśmy. Puerto del Carmen. Rzeczywiście księżycowo tu. Okna sypialni wychodzą na góry. Szare, piaszczyste, brunatne. Jest ciepło! Chłodny wiatr delikatnie chłodzi. Przemarznięte stopy ogrzewam na przyjemnie ciepłym piasku. Nad nami błękitne niebo. Ocean ma taki sam kolor. W zatoce błękit przechodzi w turkus. Zapomniałam, że słońce może aż tak parzyć skórę. Objechaliśmy  prawie całą wyspę samochodem, prawie, bo po zachodniej stronie wyspy nie ma wielu dróg. Na północy można zobaczyć Jardin del Cactus, Cueva de los Verdes, Jameos del Agua, Mirador del Rio - ogród pełen kaktusów z całego świata, podziemne jaskinie, taras widokowy, wychodzący ze zbocza góry, nad urwiskiem, z widokiem na wyspę La Graciosa. Centrum wyspy zajmują Montańas del Fuego, najbardziej niesamowity krajobraz jaki widziałam. Szczyty z zastygłej lawy, pokryte pyłami wulkanicznymi, kratery i kilometry kwadratowe grafitowej lawy, która zastygła i popękała od wahań temperatury, tworząc skalne gruzowisko. Księżycowa pustynia. Rosną tam drobne porosty. Jedyne żywe organizmy to niewielkie owady, żadne inne zwierzęta nie są w stanie przeżyć takich różnic temperatur. Jadąc na południe mijamy El Golfo i las Salinas. Docieramy do Playa Blanca i białych plaż. Wreszcie czas na kąpiel w oceanie. Jeszcze tylko przylądek Papagayo z plażami ukrytymi z małych zatokach i skaliste klify.
W miasteczkach jest zielono, dużo palm i kaktusów, krzaków obsypanych kolorowymi kwiatami. Jednak nikt nie sili się na utrzymanie trawników, wszędzie widać czarny wulkaniczny piasek. Gdyby nie rozbudowany system nawiadniania, nie rosłoby tu nic, oprócz drobnych porostów i niskich krzaczków.
Zapomniałam też, że tak bardzo można oderwać się od codzienności, zostawiając wszystko za sobą. Wszystko. To co zaprzątało moje myśli w ostatnim czasie, przyjaciół, znajomych. Po kilku dniach rysy ich twarzy zaczęły się zacierać w mojej pamięci.

sobota, 31 grudnia 2016

Podsumowując

"Dear self!
Dust yourself off.
It’s gonna be your year."

So I did, dusted myself off and everything began to change.
To był mój rok.
Spełniło się wam kiedyś jakieś marzenie? Moje spełniały się w tym roku jedno po drugim. Takie dawne, sprzed kilku lat, i te świeże. Czasem czułam się, jakbym co tydzień miała urodziny… Szczególnie latem i jesienią. Wiele radosnych chwil, przynoszących łzy wzruszenia. Mnóstwo powodów do śmiechu i do uśmiechu. Krytycznie niskie dawki snu. Niesamowite podróże (Irlandia, Światowe Dni Młodzieży, Białystok, stolica), mnóstwo spotkań, wspaniali ludzie, troskliwi przyjaciele. Dziękuję za to, że jesteście.
Niesamowity to był czas. Wiele niespodzianek, wiele wyzwań. Została matką chrzestną, blogowałam, napisałam kilka artykułów do prasy, na jedną stronę internetową, wiosną i latem dużo biegałam, przygotowałam tłumaczenia na ŚDM (Włocławek), ekspresowo dyplomowałam się, poszłam na pieszą pielgrzymkę z B., sprzedałam dom, rozpoczęłam przygodę z wolontariatem, byłam na świetnych koncertach (Mela Koteluk, Kortez, TGD, Luxtorpeda, Lao Che), zdobyłam kilka nowych koszulek i autografów, natrafiłam na wartościowe książki, wróciłam do hiszpańskiego.
Otwieranie się na Boga i na ludzi daje światło, radość, spokój, poczucie sensu, przyjaźń. Widzę, jak jestem prowadzona od punktu do punktu. Jeszcze kilka miesięcy temu czułam się jak dziecko we mgle, chodziłam po omacku, nie mogąc znaleźć klamki do drzwi. Czułam niepokój. Dziś wiem, skąd pochodził. Dziś tuż za potrzebą serca podąża rozwiązanie. Do końca roku miałam rozeznawać, którędy pójść. Nie spodziewałam się takich podpowiedzi…
Był też smutek, bezsilność, cierpienie najbliższych, zwątpienie, śmierć. Pożegnałam dwie bliskie mi osoby. Ona - tytan energii. Pod względem pracowitości i żywotności nie dorastam jej do pięt. Kobieta wysokich wymagań wobec siebie i innych, przez co kiedyś często się ścierałyśmy. Wiele wycierpiała, zanim odeszła. On - spokojny i pogodny. Uśmiechnięty, niebieskooki. Powoli opuszczały go siły. Zgasł tuż przed Wigilią.
Świąteczna radość prysnęła, uleciała…
Chyba widać po mnie przygnębienie. Brakło mi sił, żeby się uśmiechać.
Wiem, że to przejdzie i radość powróci.
Postanawiam uwielbiać, nie poddawać się, więcej spać (to będzie trudne...), robić to, co kocham, trwać, rozwijać się. Tobie też tego życzę.

 (źródło: pinterest)

czwartek, 10 listopada 2016

Sen zimowy

Ani się nie obejrzałam, a złote liście opadły z drzew i nadeszły pierwsze przymrozki. Nie zdążyłam nacieszyć się jesiennym słońcem, ciepłymi kolorami liści. W pochmurne dni, kiedy nad głową wisiały ołowiane chmury, strasząc kolejną falą deszczu, słonecznie żółte liście zdawały się świecić na gałęziach jak lampiony.
Czas pierwszych chorób. B. jakoś się trzyma, a ja co chwilę tracę głos. Trzeba się "sformatować".
W poszukiwaniu ciszy, pojechałam do lasu. Z czasem nauczyłam się przebywania sam na sam ze swoimi myślami. Bez poczucia marnowania czasu i żalu, że mnie coś omija. Cieszę się na te rzadkie chwile.
A nie jest to zwykły las. To puszcza wokół klasztoru. Mimo że odkryłam to miejsce dopiero w tym roku, czuję się tam, jakbym znała je od dawna. Wybrałam się nad małe jeziorko.  Dawno nie słyszałam takiej ciszy. Aksamitnej, otulającej, bezwietrznej, kojącej. W oddali słyszałam tylko stukot dzięcioła, ukrytego gdzieś w koronie drzewa, rosnącego na brzegu, i trzepot skrzydeł kaczki krzyżówki, przelatującej nad moją głową. Błoga cisza, w której starasz się ciszej wdychać zapach świerków i wilgotnych liści tak, żeby jej nie zakłócić. Ciszej stawiać stopy na grubym dywanie z suchych liści. Odgarnąwszy liście, na ścieżce narysowałam strzałkę, jak w podchodach, kiedy byłam mała.
Jakoś tak się składa, że trafiam tam co miesiąc... Ładowanie baterii? Przysypiam wieczorami. Moje ciało przestawia się na tryb zimowy. Ogarnia mnie zimowy sen.
Po przymrozkach przyszedł czas na jesienny śnieg. I wszystko stało się jasne. 

 
 

poniedziałek, 3 października 2016

Dokąd

Mało mnie w domu. Kładę się spać i za chwilę wstaję. Biegnę. W pracy, w domu, na stadionie. Próbuję jakoś ogarnąć natłok spraw...
Spotkania, wyjazdy. Precyzyjnie wykrawam czas dla siebie - czas na chwilę ciszy, skupienia, postój, oddech, zastanowienie się nad sobą. Na szczęście jest też czas na radość. Drobne puzzle, które powoli tworzą obrazy, układają się w całość, nabierają sensu z perspektywy czasu. Trafiam do niespodziewanych miejsc, słucham, poznaję, uczę się. Próbuję zrozumieć. Nowe wyzwania, zadania, obowiązki, pomysły.
Dziś szkolenie z wolontariatu. Po drodze w strugach deszczu nadrobiłam zaległości w odsłuchiwaniu prezentów urodzinowych i ostatnich zakupów płytowych - koncert niedługo, wypada się osłuchać. Na szkoleniu mnóstwo inspiracji - moje serce zaczęło pląsać salsę! Poderwało mnie. Potem wzruszający film pt. "Drodzy dwudziestoletni". Seniorzy wspominają siebie w wieku 20-stu lat i kierują słowa do siebie z dawnych lat. Cenne wskazówki na życie każdego z nas. Jeszcze spacer w skafandrze starości, który jest bardzo ciężki i nie da się w nim nie szurać nogami. I symulator choroby Parkinsona. Mając go na sobie, złożenie podpisu czy przesypanie ziaren kawy z kubka do kubka staje się wyzwaniem...
Zużyłam się emocjonalnie.

sobota, 3 września 2016

Znowu w drodze

Wakacje dobiegły końca, a ja dalej w drodze. Daję się prowadzić. Nie miałam pomysłu na ten weekend. Pierwsze liście spadają już z drzew. Czas przemiany. Ciągle w drodze, włóczę się z Bogiem w sercu i z  modlitwą na ustach.
Natrafiam na drogowskazy, o które można się oprzeć, gdy zabraknie sił, złapać oddech i ruszyć dalej. Teraz czas na podsumowanie, refleksję. Dzień wspólnoty, nowi ludzie, nowe doświadczenie.
Spontaniczna decyzja. Koncert Sound'n'Grace. Radosne uwielbienie. Wytańczyłam się w ten ciepły wieczór. Bardzo dobrze się tam czułam.
Wspólny różaniec w drodze - na ulicach, wzdłuż rzeki, w parku. Świadectwo wiary. Pospieszne kroki mijających nas osób. Wyczuwalne skrępowanie. O czym myślą wyprzedzające nas osoby? O czym pomyślą, zanim zasną? Przypomniały mi się nocne powroty na nocleg w Krakowie i różaniec o północy w drodze.
Radość z bycia razem. Dzielenie się sobą, myślami, gestem, uśmiechem, książkami... Jak miło jest być gościem w domu przyjaciół! Być zaopiekowanym. Wspólnie ucztujemy, dopóki jesteśmy tu razem.

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Idź!

Poddałam się. Biegowi wydarzeń. A tempo jest zawrotne! Dłuższą chwilę zastanawiam się, jaki dziś dzień tygodnia. Spotkania ze wspaniałymi ludźmi, którzy są dla mnie ogromnym wsparciem. Po prostu są. Zapomniałam, że uścisk dłoni lub przyjacielskie przytulenie może tyle znaczyć. W ostatnim czasie w moim słowniku dominują wyrażenia typu: 'nie pamiętam, kiedy...', czy 'dawno tego nie robiłam'. O chyba znak, że wróciło 'stare', ale na nowych zasadach. Spirala historii. Wróciłam do tego, co kiedyś mnie krepowało, a teraz jest źródłem spokoju i radości. Właściwy czas i miejsce.
Kolejny wyjazd. I znów ogromne zaskoczenie. Że właśnie tam mam być, nigdzie indziej. Nie ma przypadków.
Dlatego chcę Ci coś powiedzieć, bo sama poznałam, jakie to ważne, gdy ktoś Ci o tym powie.
Jezus Cię kocha z całym dobrodziejstwem inwentarza. Takiego, jakim jesteś. Twoje wady i zalety. Nawet jeśli Ty siebie nie akceptujesz. Jesteś Bożym dziełem.  Jezus umarł z miłości do Ciebie. Oddał siebie za Ciebie. Czy jest na świecie większa miłość? Czy byłbyś gotów za kogoś umrzeć? Za sąsiadkę albo za przechodnia, który mija Cię na ulicy? A może za kogoś, kto Cię krzywdzi? Nie? Tak myślałam...
Czasem wstydzisz się Go. Bo co powiedzą koledzy z pracy, przyjaciółka, rodzina? Boisz się, że zachowasz się śmiesznie, inaczej niż wszyscy. Wtedy oni Cię nie zrozumieją, zostaniesz sam. Outsider.
Co Cię ogranicza? Ty sam. Myślisz sobie, jestem 'do bani', lepiej się dostosować, nie wychylać. Lepiej zostać na wygodnej kanapie, w swojej szufladzie, i bezpiecznie wegetować... Podcinasz sobie skrzydła. On czeka, aż zaryzykujesz. Nie bój się marzyć, być ciekawym, zaangażować się. Jezus czeka na Twój pierwszy krok. Idź, rusz się!

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Waniliowe niebo

Straciłam poczucie dni. Zatarła się granica między świętem a dniem powszednim, bo codziennie mamy atmosferę świąt. Jedenaście dorosłych osób i dziewięcioro dzieci. Nieustanny śmiech i gwar. Tupot małych stóp i okrzyki walki. Wspólne posiłki i wieczorne spacery. Kolejka do kąpieli, duże zdyscyplinowanie.  Usypianie zmęczonych generałów. Czas na szydełkowanie, rozmowę, ciszę.
W wieczornym powietrzu wyczuwam jesień. Nadchodzi czas rozstań. Widać to na niebie. "Vanilla Sky".

piątek, 12 sierpnia 2016

Widokówki

Jadąc na wschód, słuchaliśmy pożyczonego TGD. Nagle B. pyta:
- Mama, a dlacego ciągle słuchamy tych aniołkowych piosenek?
W myślach odpowiedziałam, że lubię odbierać określone fale. Stay tuned.
Czuję, że zwalniam. Po miesiącu w podróży ciało domaga się odpoczynku i snu, duch niespokojnie krąży. Nadchodzi czas wspomnień. Dziś zebrałam kilka kolejnych.
Haniolot. Smak słonych lodów karmelowych, mango z kawałkami imbiru i marchewkowych. Sękacz i daktylowe kulki ze słonecznikiem. Fasolowy smalec z jabłkami. Chłopcy "tropiący"  wroga w parku, uzbrojeni w długie patyki. Mali wojownicy. Franek Dolas i poradnik małego żołnierza. "Jak rozpętałem drugą wojnę światową". Utulenie z płaczu niemowlęcia. Radosny śmiech tej małej osóbki na widok moich min. Wspólna modlitwa i dzielenie się doświadczeniami. Wspólne gotowanie i niesłona ogórkowa. Klekot bociana na łące. Krzyczące żurawie, które spłoszyłam. Kuropatwy uciekające spod moich nóg. Klempa łosia pożerająca jabłka wpost z przydrożnej jabłonki.