Odnalazła się paczka z książkami, a właściwie wydawnictwo wysłało drugą, bo pierwsza, choć namierzona, utknęła gdzieś w czasie i przestrzeni. Więc doczekałam się.
Mimo choroby udało mi się zajrzeć do zaśnieżonego lasu. Przejazdem. Na chwilkę.
Listopad. Szarość, wilgoć, chłód. Na szczęście nie tylko. Wczoraj słońce za wszelką cenę przedzierało się przez chmury. Blady błękit wyglądający przez pęknięcia w sinej szarości. Wiatr przeganiał kolejne warstwy chmur, przynosząc raz po raz przelotny deszcz. Jesienne tęcze. Znaki przymierza. W lesie świetliście. Ostatnie żółte liście świecą na gałęziach, a te, które przegrały walkę z bezlitosnym wiatrem, tworzą najpiękniejszy z dywanów, drżący przy najlżejszych podmuchach północnego chłodu. Nie potrafię nazwać kolorów, które wczoraj malowały się na niebie, widziałam szarość, błękit, światło w kolorze wanilii i dziesiątki ich odcieni w załamaniach chmur.
Las wydaje się cichy, ale jest pełen dźwięków. Szmer ostatnich liści spadających z drzew, plusk wody spływającej z młyńskiego koła, ponure i głuche skrzypnięcia wiekowych pni pod naporem wiatru, wreszcie orkan szumiący groźnie wśród nagich koron puszczy. Dzień, który zaczyna gasnąć wczesnym popołudniem.
Tuż obok klasztoru dostrzegam na drzewach zielone liście, do złudzenia przyminające kolorem wiosenną soczystość pierwszych, nieśmiałych listków.
Po deszczowym tygodniu przyszedł słoneczny weekend.
Złotawy dywan z liści strąconych przez orkan nasiąknął deszczem i przykleił się do chodnika.
Poszłam biegać.
Rześkie powietrze. Tak chłodne, że trudno się zgrzać.
Bezwietrzna cisza.
Krzyki żurawii na pobliskich łąkach.
Błotnista, grząska droga.
Omijam kałuże.
Biegnę dalej.
Zapach wilgoci, chłodnego mchu, igliwia.
Klonowe liście przybierają już mój ulubiony jesienny kolor - słoneczny żółty.
Czerwone muchomory ukryte w pożółkłej trawie.
Lubię taką samotność.
Oślepia mnie zachodzące słońce, po chwili chowa się za ołowiane chmury.
W połowie drogi łapie mnie ulewa.
Robi się ciemno i chłodno.
Minął rok, jak odstawiłam szydełko do kubka z długopisami, na półkę z książkami. Jesień - czas czytania. A jak czas czytania, to pora na zakładkę do książek. A jak jesienna zakładka, to lisia. Lubię takie lisie sprawy...
Trzeba zrobić coś dla siebie.
Więc robię kawę w kubku termicznym, do plecaka wkładam książkę, wodę, kilka 'krówek'.
Jadę do lasu. Zamiast w góry.
Najpierw szybki marsz przez rezerwat - ogromne świerki, szum wiatru w koronach drzew, cichy stukot dzięcioła ukrytego gdzieś wysoko. Cisza. Idę, staram się nie myśleć, tylko patrzeć, spostrzegać. Nie jest łatwo, myśli uciekają. Droga zaczyna piąć się pod górę. Mijam kilka czarnych żuków, krzaki jeżyn z niewielkimi owocami.
Już prawie na miejscu.
Wieża widokowa wysokości czteropiętrowego bloku w środku lasu. Wspinam się po schodach. Wiatr delikatnie kołysze drewnianą konstrukcją. Zaczyna bujać mocniej kiedy ktoś zaczyna zabiegać z góry.
Nareszcie na szczycie. Kawa, krówka, książka. Ponad koronami drzew. Siadam na drewnianym podeście.
Nie będę skakać, mimo tego co w mojej głowie.
Wieje, robi się chłodno, zakładam kaptur na głowę. Tak lepiej. Ciepła kawa.
Bliżej nieba czytam o bezwarunkowej miłości Boga do człowieka. Rahamim.
Moją samotność przerywają telefony od znajomych i przyjaciół... Rahamim.
Na wieżę wchodzą kolejne osoby, rodziny z dziećmi, robią pamiątkowe zdjęcia. Siedzę w kącie i rozmawiam przez telefon. Rozmowy cichną, kiedy odbieram telefon z Austrii i rozmawiam po angielsku. Poczułam się egzotycznie.
Spokojniej.
Lepiej.