poniedziałek, 18 września 2017

Biegać i czytać

Słoneczny dzień. Przyjemny wiatr.
Poszłam pobiegać mimo braku większych chęci.
Walka z samą sobą.
Dystans podstawowy, czas bez szału.
Ale pobiegłam.
Słońce świeciło w oczy, wiatr przyjemnie chłodził twarz.
Usłyszałam dziś, że w życiu powinno się robić dwie rzeczy: biegać i czytać.
Biegać, bo to walka z samym sobą.
Czytać, bo ktoś już na pewno kiedyś mierzył się z podobnymi problemami do moich, warto czerpać z doświadczenia innych.
Książki leżą na kupce tuż obok łóżka. Na wyciągnięcie ręki.
Tylko przysypiam z B. o 21, a potem budzę się koło północy i nie mogę zasnąć.
Stopniowa weryfikacja marzeń. Zdjęłam różowe okulary i wzięłam do ręki lupę...
Czas małych przyjemności.
Przygotowanie posiłku dla przyjaciółki.
Dawno nikogo nie karmiłam.
Lawendowa herbata.
Przez niedopatrzenie (!) dostałam dziś pierwsze życzenia urodzinowe. I drugie.
Zawsze pierwsza dzwoniła do mnie moja babcia, która zawsze myślała, że to dzień wcześniej... kiedy jej zabrakło, bladym świtem dzwonił dziadek.

wtorek, 12 września 2017

Po deszczu wychodzi słońce

Czasami zadaję uczniom pytanie o przyjaźń. Co dla nich znaczy? Kto jest ich przyjacielem?
Przyjaciel nie powie Ci, że go dołujesz, kiedy nie radzisz sobie z życiem.
Wysłucha Cię, ale nie oceni, nie zaszufladkuje, bo wie, że jesteś unikatowy, nie do zaszufladkowania. Przyjmie Cię z całym twoim bałaganem.
Przyczepianie etykietek krzywdzi, bo nikt nigdy nie ma obrazu całej sytuacji. Najczęściej ludzie widzą tylko mały wycinek sytuacji, na podstawie którego próbują opisać czyjąś rzeczywistość przez pryzmat swojego życia.
Przyjaciel nie zadaje zbędnych pytań, nie drąży zaspokajając swoją niezdrową ciekawość.
Przyjaciel przytuli Cię, kiedy zabraknie słów pocieszenia.
Przy nim nie musisz udawać, możesz być sobą.
Życie pokazuje, kogo możesz nazwać twoim przyjacielem, kto nie wbija Ci noża w plecy z sobie tylko znanych powodów.
Czasem tylko musisz zmienić swoje przyzwyczajenia odnośnie picia herbaty. I uważaj na to, z czyjego kubka ją pijesz. Bez względu na to, jak absurdalne to Ci się wydaje...

Dziś było słonecznie. Rano w korku w drodze do pracy spotkałam znajomego z wakacyjnego wyjazdu. Radosna niespodzianka! Wspomnienia.
Pomachaliśmy do siebie. That made my day😉 A miałam się do niego ostatnio odezwać.

piątek, 8 września 2017

Ciepłe światło

Wrześniowy listopad, zimno, wietrznie, deszcz padito…
Wspomnienia wakacji coraz bardziej abstrakcyjne i odległe.
Chowam się w swetrach i dżinsach. 
W ogóle chowam się. W sobie.
Sukienki smutno wiszą w szafie. 
Jest tak szaro i buro, że pierwszy raz od prawie pół roku pomalowałam paznokcie...
W lesie mi dobrze.
Zieleń, wysiłek, odpoczynek od myślenia.
Nie trzeba silić się na elegancję.
Wczoraj miałam spadek formy.
A wieczorem w planach wyjazd, który w ostatniej chwili opóźnił się o prawie 1,5 godziny. 
Zapadający zmrok i deszcz.
Wątpliwości, czy wyjeżdżać tak późno...
Na miejscu ciepłe, subtelne światło. 
I muzyka. Muzyka, która mnie otwiera.
Przychodzi wielka wdzięczność i wzruszenie, odbierające mowę i oddech.
Łzy, których nie sposób zatrzymać. 
Harmonia dźwięków i piękne głosy.
Momentami słuchać szept spowiedzi.
Muzyka najpierw jest delikatna, stopniowo nabiera mocy, wypełnia całą przestrzeń, mam wrażenie, że zaraz rozsadzi mury. 
Nie bój się, zaufaj. On sam będzie działał.
Uświadomiłam sobie jak bardzo brakuje mi muzyki, śpiewania, uwielbienia…
Tęsknię za tą atmosferą.
Poczułam, jaka spięta chodzę od pewnego czasu - ramiona, szyja, plecy… ostatnio nie mogłam śpiewać. 
Żyję albo przeszłością i pozwalam, by miała na mnie wpływ, albo czekam na coś.
Na cel, sens.
Nie ma mnie 'tu'. 
Czuję, że zwalniam.

piątek, 25 sierpnia 2017

Mówię do siebie

Ciepły wieczór w stolicy.
W centrum tłumy ludzi. Weekend. Na pasach grupy ludzi liczne jak pielgrzymkowa grupa. Miejskie zapachy.
W ulicznym szumie nie słychać, jak rozmawiam sama ze sobą. Tłumaczę sobie rzeczywistość, sama siebie przekonuję. Mówię do siebie. Czasami mówię po angielsku, rzadziej po hiszpańsku. Kiedy nikt nie słyszy. Inna melodia języka, ton głosu.
Wracam z otwarcia wystawy '4x Sally' - synoptyczny portret Sally'ego Perela według F. Derschmidta i S. Leva. Niedawno przetłumaczyłam napisy do 2 z 8 wywiadów, z których 6 jest wyświetlanych na wystawie. Jeden człowiek, dwie osobowości, oprawca i ofiara w jednym ciele, Żyd i nazista. Opowiada o swoich przeżyciach z czasów wojny. Historie różnią się w zależności od tego, z którą osobowością rozmawiasz, w jakim języku i czy jesteś kobietą czy mężczyzną. Znajomość jezyka, w którym opowiadasz, determinuje to, co mówisz, ogranicza, kształtuje, walczysz ze składnią i uciekającymi słowami.
Ciekawe uczucie - oglądać anonimowo owoce swojej pracy, napisy do wywiadów wyświetlanych na dwóch przeciwległych ścianach. I nazwisko na liście osób zaangażowanych w projekt. Znalazłam się tam przypadkowo - zastąpiłam koleżankę, która wycofała się z tłumaczeń. Ja, zwyczajna nauczycielka.
Pospacerowałam Krakowskim Przedmieściem. Autobusem wróciłam do brata.
Chłód parku, świerszcze i cichnący zgiełk miasta wzdłuż cmentarza Powstańców Warszawy. Wolę wiejską ciszę.

wtorek, 22 sierpnia 2017

Bliżej nieba

Trzeba zrobić coś dla siebie.
Więc robię kawę w kubku termicznym, do plecaka wkładam książkę, wodę, kilka 'krówek'.
Jadę do lasu. Zamiast w góry.
Najpierw szybki marsz przez rezerwat - ogromne świerki, szum wiatru w koronach drzew, cichy stukot dzięcioła ukrytego gdzieś wysoko. Cisza. Idę, staram się nie myśleć, tylko patrzeć, spostrzegać. Nie jest łatwo, myśli uciekają. Droga zaczyna piąć się pod górę. Mijam kilka czarnych żuków, krzaki jeżyn z niewielkimi owocami.
Już prawie na miejscu.
Wieża widokowa wysokości czteropiętrowego bloku w środku lasu. Wspinam się po schodach. Wiatr delikatnie kołysze drewnianą konstrukcją. Zaczyna bujać mocniej kiedy ktoś zaczyna zabiegać z góry.
Nareszcie na szczycie. Kawa, krówka, książka. Ponad koronami drzew. Siadam na drewnianym podeście.
Nie będę skakać, mimo tego co w mojej głowie.
Wieje, robi się chłodno, zakładam kaptur na głowę. Tak lepiej. Ciepła kawa.
Bliżej nieba czytam o bezwarunkowej miłości Boga do człowieka. Rahamim.
Moją samotność przerywają telefony od znajomych i przyjaciół... Rahamim.
Na wieżę wchodzą kolejne osoby, rodziny z dziećmi, robią pamiątkowe zdjęcia. Siedzę w kącie i rozmawiam przez telefon. Rozmowy cichną, kiedy odbieram telefon z Austrii i rozmawiam po angielsku. Poczułam się egzotycznie.
Spokojniej.
Lepiej.

środa, 16 sierpnia 2017

O czym marzysz?

Zaczęłam dziś kolejne tłumaczenie, tym razem kurs. I znowu mną telepie od środka. Idzie mi powoli. Smutno mi, niepokój jakiś. Czy dam radę? Planowałam “wyrobić się” we wakacje, a tu nie zanosi się. Do tego dochodzi kwestia przygotowania podpisów do ośmiu półgodzinnych sesji… Jak się za to zabrać od strony technicznej? Może austriacki znajomy coś podpowie.
Komplikacje w związku z domem. Zaplanowany wyjazd odkładany z dnia na dzień. Brak noclegów. Niedogadane terminy i sprzeczność interesów.
Tatry. Tęsknię za ciszą, szumem wiatru wśród smreków, zapachem lasu, cichą melodią górskiego potoku. Krzeptówki. Tak dawno tam nie byłam.
Po tygodniu spędzonym na dworze, moje ciało domaga się świeżego powietrza.

Kiedyś mi się wydawało, że nie mam z kim pogadać, kiedy miałam z kim pogadać. Teraz to dopiero nie mam z kim pogadać… Zostaje pisanie.

Wczoraj narodził się nowy pomysł, marzenie. Żeby w przyszłym roku iść na Camino de Santiago. Jestem coraz starsza, forma coraz gorsza, nie ma co czekać do 40-tki, nie jestem najmłodsza. Duch wprawdzie ochoczy, ale ciało słabe…
Dziś czytałam tekst o dorastaniu i marzeniach:
Ciekawe myśli o marzeniach właśnie. Nigdy nie zastanawiałam się, co mi o mnie mówią moje marzenia. 
O czym marzę? O podróżach - nowe miejsca, piękno świata, nowi ludzie, pokonywanie siebie, swoich ograniczeń, słabości. Po pielgrzymce i spotkaniem ze św. Jakubem w Szadku Camino nie daje mi spokoju, a właściwie daje spokój. Wśród gonitwy myśli, marzenie o wędrowaniu przez Hiszpanię daje mi spokój. Mimo że co rano budzi mnie jeszcze ból nóg i nie mogę odespać.
Uda się?

sobota, 12 sierpnia 2017

Mi camino

Pielgrzymujemy.
Ja i B. Do Częstochowy.
Po 4 dniach narastającego skwaru, dziś powitała nas ulewa - sandały świetnie sprawdziły się w bosym wędrowaniu w strugach deszczu.
Noclegi w szkołach.
Na stopach pęcherze, opuchnięte łydki, zakwasy, asfaltówka podchodząca krwią.
Wspólnota.
Sama nie dałabym rady...
Ofiarne ręce pomagały mi pchać przyczepkę B. Przez ponad 100 km.
Rolnicy przerywają pracę, żeby nam pomachać.
Łzy w oczach mijanych osób, wzruszenie odbierające mowę.
Modlitwa we wspólnocie.
Podziękowania za świadectwo. Miłe słowa.
Zwątpienie, czy dobrze zrobiłam zabierając B. na pielgrzymkę.
Umierania ciąg dalszy.

Jakie dobro z tego wyniknie?
Po drodze mijamy kościół pod wezwaniem św. Jakuba.
Santiago y mi camino.
Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą.
Jutro Częstochowa. Jasna Góra.
Koniec pielgrzymki