niedziela, 28 maja 2017

W lekkim powiewie

Ignoruję znak zakazu wstępu i skręcam w polną drogę wzdłuż bagien na brzegu lasu. Zapach wody. Lekki powiew wiatru. Przynosi ulgę. Chłodzi rozgrzaną słońcem skórę. Porusza trzcinami i sitowiem.
Pod stopami chłodna trawa. Przede mną kaczeńce i staw ukryty w lesie.
Cisza. Pozorna, bo wokół tętni życie. Różne owady siadają na moich rękach, raz po raz nadlatuje metalicznobłękitna ważka. Przy brzegu żaby dają koncert. Słychać plusk wody od szybkich uderzeń skrzydeł kaczki o taflę wody, kiedy podrywa się do lotu. Wiatr szumi wśród traw i trzcin. Nad głową tańczą skowronki. Tylko łabędzie podpływają bezszelestnie.
Dziś się nie spieszę. Nie mam listy spraw “do odhaczenia”. Leżę w trawie obłożona książkami. Jak dobrze jest nie spieszyć się. Cieszyć się słońcem. Pięknem tego, co mnie otacza. Piękne miejsce na Namiot Spotkania.
Wiatr sprawia, że nie czuję jak słońce parzy moje ramiona. 



niedziela, 9 kwietnia 2017

Zmruż oczy

Wszystko jest na chwilę.
Wszystko przemija.
Wszystko ma swój czas.
Jestem tu. Pójdę zaraz.
Nie zatrzymasz mnie, ani ja Ciebie.
Jeszcze jesteśmy tu razem.
Nie bez powodu, w tym momencie życia, nie wcześniej, nie później.
Teraz.
Zmruż oczy, a zobaczysz jak usiedliśmy tu kiedyś razem. I mimo że każde z nas poszło dalej, nadal tu siedzimy.
Tylko zmruż oczy.
A zobaczysz.

sobota, 1 kwietnia 2017

Wiosenne lato

Jaskrawe promienie słońca. Światło. Turkus nieba. Ciepłe powiewy wiatru. Szum lasu. Coraz więcej motyli. Coraz głośniejszy śpiew ptaków. Pierwsze wiosenne kwiaty. Pękające pąki listków jak błyszczące koraliki na gałęziach. Młode żabki ukryte w cudownym źródełku. Idę sama. Ciągnie mnie tam, jak wilka do lasu...
W głowie pustka i brak motywacji. Ale jestem tu i chłonę to, co wokół mnie. Cieple dni szybko miną.
Mały chłopiec, który podbiega do swojego taty, służącego do mszy świętej, żeby przez chwilę potrzymać go za rękę. Zapach pierwszego wiosennego deszczu.

poniedziałek, 27 marca 2017

The Shack

Każdy z nas ma taką “chatę”. Miejsce w pamięci, do którego nie chce wracać. Miejsce związane z ogromnym cierpieniem, bólem, poczuciem winy, odrzuceniem, samotnością. Miejsce opuszczone, zaniedbane, ciemne i brudne, ukryte gdzieś w zakamarkach duszy. Nikogo tam nie ma. Jest tylko cisza i śmierć. O takim miejscu opowiada film S. Hazeldine’a pt.: “Chata”. Mimo pewnych zastrzeżeń teologicznych warto obejrzeć ten film. Widziałam wiele filmów, w których główni bohaterowie mierzyli się z życiowymi tragediami i dramatami, z lepszym lub gorszym skutkiem. Niewiele jest jednak filmów, które pokazują, jak zbudować relację ze Stwórcą.

Śmierć najmłodszego dziecka. Relacje rodzinne rozpadają się. Cierpienie ojca wysuwa się na pierwszy plan. Nie potrafi wybaczyć sobie, że nie ochronił córki. Nie jest zdolny przebaczyć mordercy. Akcja filmu rozpoczyna się zimą - mróz, gruba warstwa śniegu pokrywająca świat. Czytam ją jako metaforę wyjałowionych i zamrożonych uczuć człowieka pogrążonego w cierpieniu, poczuciu winy i braku przebaczenia.

Jednak w miarę jak przybliża się do Boga, natychmiast zmienia się krajobraz wokół niego - śnieg topnieje, robi się ciepło, roślinność staje się coraz bardziej bujna. Do Mac’a stopniowo dociera świadomość, że Bóg pełen miłości nie daje ludziom cierpienia, jest ono skutkiem grzechu,  ale z każdej trudnej sytuacji potrafi wyprowadzić dobro.

Relacja z Bogiem. Abstrakcja, powiedzą ci, którzy jej nie doświadczyli. Niezbędna jak tlen do oddychania, powiedzą osoby głębiej przeżywające swoją wiarę. Mac jest chrześcijaninem, ale nie ma osobowej relacji z Bogiem. Ma wiedzę o Bogu, ale nie ma z Nim więzi. Do momentu śmierci córki przeżywa swoje życie w oderwaniu od Niego, nie dzieli się z Nim swoimi radościami i troskami, nie ufa Mu, nie stara się Go poznać. Nie rozumie relacji, jaką ma z Bogiem jego żona. Jego świat rozsypuje się na kawałki po śmierci Missy. 

Jak zbudować relację z Bogiem? To kwestia Twojego wyboru. Musisz zrobić pierwszy krok. On nie będzie Ci niczego narzucać, bo “nie chce niewolników”. 



poniedziałek, 6 marca 2017

Footprints: el camino de tu vida

Od dwóch miesięcy bardzo chciałam obejrzeć ten film. Ale od początku same przeszkody: najbliższe kino wyświetlające go oddalone o 120 km, wczesne godziny projekcji, zdarzyło mi się nawet napisać i zadzwonić do pobliskiego kina z uprzejmym zapytaniem, czy planują takowy film wprowadzić na swój ekran. Znajomi mieli ze mnie ubaw - twierdzili, że tylko ja pojechałabym do kina z całego rejonu… 

Nie potrafię odszukać w pamięci momentu, w którym postanowiłam, że kiedyś wybiorę się na Camino. W styczniu obejrzałam “Drogę życia” z Martinem Sheenem i Emilio Estevezem. Mój apetyt na pielgrzymowanie wzrósł. Po obejrzeniu “Śladów stóp” miałam ochotę wyruszyć prosto z kina.
Miałam jedno nieudane podejście, aby w końcu go zobaczyć dwa tygodnie temu, ale z powodu nadmiaru spraw, dotarłam na “Milczenie" M. Scorsese.

W końcu wczoraj udało mi się spełnić swoje marzenie i obejrzeć film Juana Manuela Cotelo. Kameralna sala kinowa na ok. 15 osób. Było nas może dziesięcioro. Film spodobał mi się już od pierwszych sekund. Spotkałam się z recenzjami zarzucającymi reżyserowi katolicką propagandę i cukierkowe przedstawienie pielgrzymowania do Santiago de Compostela. Powiedziałabym, że jest ono ukazane w radosny sposób. Cukierkowo nie jest; nie brakuje cierpienia, pęcherzy, chwil słabości. Jak sugeruje jeden z bohaterów dokumentu, cierpienie fizyczne stwarza okazję do skupienia się na sobie i zamknięcia się na drugiego człowieka. Jeśli się temu oprzemy, cierpienie sprawia, że dojrzewamy. Widzimy jak Camino testuje możliwości i wytrzymałość pielgrzymów. Jak poznają swoje granice. Film pokazuje też, jak wspólne pielgrzymowanie zbliża ludzi, jak stają się przyjaciółmi, jak powstaje wspólnota. Wspólna droga stwarza okazję do okazywania sobie nawzajem miłości - ciepła, wsparcia, pomocy, troski, wspólnego przeżywania trudów i radości.

“Ślady stóp” przywołały wspomnienia mojego pielgrzymowania do Częstochowy, Lichenia, na ŚDM. Doświadczyłam tam tego, o czym mówili pielgrzymi na Camino. Dlatego jestem nieobiektywna i oświadczam, że film zrobił na mnie duże wrażenie. Przywołał wspomnienia polowych Mszy św. w lesie, na studni. Warto zobaczyć ten film również ze względu na piękne zdjęcia hiszpańskich krajobrazów i zabytków.
Przy najbliższej okazji obejrzę go jeszcze raz.

czwartek, 9 lutego 2017

La Isla

Życie zamknięte w walizce. 2 dni w podróży i wreszcie jesteśmy. Puerto del Carmen. Rzeczywiście księżycowo tu. Okna sypialni wychodzą na góry. Szare, piaszczyste, brunatne. Jest ciepło! Chłodny wiatr delikatnie chłodzi. Przemarznięte stopy ogrzewam na przyjemnie ciepłym piasku. Nad nami błękitne niebo. Ocean ma taki sam kolor. W zatoce błękit przechodzi w turkus. Zapomniałam, że słońce może aż tak parzyć skórę. Objechaliśmy  prawie całą wyspę samochodem, prawie, bo po zachodniej stronie wyspy nie ma wielu dróg. Na północy można zobaczyć Jardin del Cactus, Cueva de los Verdes, Jameos del Agua, Mirador del Rio - ogród pełen kaktusów z całego świata, podziemne jaskinie, taras widokowy, wychodzący ze zbocza góry, nad urwiskiem, z widokiem na wyspę La Graciosa. Centrum wyspy zajmują Montańas del Fuego, najbardziej niesamowity krajobraz jaki widziałam. Szczyty z zastygłej lawy, pokryte pyłami wulkanicznymi, kratery i kilometry kwadratowe grafitowej lawy, która zastygła i popękała od wahań temperatury, tworząc skalne gruzowisko. Księżycowa pustynia. Rosną tam drobne porosty. Jedyne żywe organizmy to niewielkie owady, żadne inne zwierzęta nie są w stanie przeżyć takich różnic temperatur. Jadąc na południe mijamy El Golfo i las Salinas. Docieramy do Playa Blanca i białych plaż. Wreszcie czas na kąpiel w oceanie. Jeszcze tylko przylądek Papagayo z plażami ukrytymi z małych zatokach i skaliste klify.
W miasteczkach jest zielono, dużo palm i kaktusów, krzaków obsypanych kolorowymi kwiatami. Jednak nikt nie sili się na utrzymanie trawników, wszędzie widać czarny wulkaniczny piasek. Gdyby nie rozbudowany system nawiadniania, nie rosłoby tu nic, oprócz drobnych porostów i niskich krzaczków.
Zapomniałam też, że tak bardzo można oderwać się od codzienności, zostawiając wszystko za sobą. Wszystko. To co zaprzątało moje myśli w ostatnim czasie, przyjaciół, znajomych. Po kilku dniach rysy ich twarzy zaczęły się zacierać w mojej pamięci.

piątek, 6 stycznia 2017

Lekcja uważności

Nic się nie stało. Tamten samochód nie uderzył we mnie. Kierowcy udało się mnie ominąć mimo, że nie zdołał wyhamować.
Nie dziękuje za życie ten, komu się nie chce żyć.
Dziękuję!
Nagle zmienił się smak każdego oddechu. Bo ja chcę żyć! Do tego momentu nie wyobrażałam sobie nie żyć. Wyobraź sobie, że rano, jak co dzień, wychodzić do pracy i...
już nie wracasz.
Gwałtowna zmiana perspektywy. Mroźne powietrze ochładzające moje ciało, usta spierzchnięte od zimnego wiatru, ostre promienie zimowego słońca rażące w oczy. Smak gorącej herbaty pachnącej jaśminem. Dotyk puchatych rękawiczek. Młode łabędzie nurkujące w stawie. Lekcja uważności.
Dzień wcześniej byłam na koncercie TGD. Kolędy świata w wykonaniu chóru i solistów. Miałyśmy miejsca w najlepszym sektorze - jedynym, który tańczył i uwielbiał tańcem. Tak mi było tego potrzeba, zwłaszcza teraz, kiedy nie mogę tańczyć. Wyśpiewałam się radośnie. Po koncercie poszłyśmy zrobić sobie zdjęcie, np. z dyrygentem chóru. Widzieliśmy się w październiku. Pan Piotr przywitał mnie jak znajomą ;) Małe cudowności - Ania, która stawia pierwsze kroki na Bożej ścieżce i A. walcząca o miłość. Wytrwale, wbrew logice, bezbronnie.
Wspólne kolędowanie. Świadectwo wiary i uwielbienie dobrego Boga. Bo On jest dobry. On wie najlepiej, co dobre dla mnie, dla Ciebie. Czego nam potrzeba. On jest ze mną zawsze, tylko ja nie zawsze o tym pamiętam, zwłaszcza w codziennej gonitwie.
Dziękuję, że jesteś ze mną, chronisz mnie, podtrzymujesz.
Dziękuję za każdy oddech.
Dziękuję za nowe lekcje.
Dziękuję za chwile radości. Proszę o więcej.
Dziękuję za uśmiechy przyjaciół.
Dziękuję Ci za to, co trudne, bo w tym mogę się rozwijać i zmieniać na lepsze.
Naucz mnie z pokorą przyjmować to, co dla mnie przygotowujesz.
Amen.