sobota, 3 lutego 2018

Znowu na kartonach

Po dwóch tygodniach siedzenia w domu miałam wrażenie, że się uduszę. Co prawda, trochę poszydełkowałam i poczytałam, ale ciągle w domu. Siedzenie w domu na dłuższą metę mi nie służy. Nastrój mi siada.
Poszłam na spacer do lasu. Było dość wietrznie, więc wpatrywałam się w bujające się korony drzew, słuchałam jak wiatr szumi i kołysze sosnami. Potem las dębowy - zrudziałe liście zaschnięte na gałęziach. Doszłam do brzegu rzeczki. Jako dziecko jeździłam tam na rowerze i zrywałam na łące koniczynę na kwiatowe wianki. Kilka lat temu ktoś wykopał tam staw, powstały mokradła.
Nie mogę się doleczyć. Dodatkowe godziny w pracy nie pomagają na nadwyrężoną krtań... Może mi kiedyś przejdzie, może we wakacje...
Przeprowadzka tuż, tuż. Dlatego znowu upycham się w kartonach. Wieczorami, kiedy nie siedzę w zadaniach bojowych 'na wczoraj', przewożę torby i pudła z dobytkiem. Która to już przeprowadzka? Znowu w lutym i do domu. Za tydzień kupuję wyczekane białe meble.

środa, 17 stycznia 2018

Wyścig

Czas pędzi nieubłaganie. Mnóstwo obowiązków, zastępstw i wyjazdów przypłaciłam anginą i przymusowym pobytem w domu. Studniówka raczej też mi nie pomogła. Nie mogłam jej odpuścić, bo miałam ochotę potańczyć i raz od wielkiego dzwonu zrobić się 'na wyjściowo'. A teraz cisza, czas z książką, ciepła herbata z malinami, miodem i cytryną, oglądanie śniegu przez okno. Odpoczynek po ostatnim tygodniu - szaleństwo w pracy, wyścig z czasem, żeby odwiedzić bardzo bliską mi osobę w szpitalu. Na szczęście skończyło się na kilku szwach na głowie i potłuczonym samochodzie. Wróciła już do pracy. Myślę, że powrót do ludzi był jej potrzebny. 
Czasem przychodzą chwile wzruszenia takiego, że nie umiem opanować łez. Tak po prostu. Zakochana para tańcząca walca. Chyba robię się coraz bardziej sentymentalna, bo historia powtarza się co roku... 
Czasem późnym wieczorem zadzwoni ktoś z przyjaciół. Rozmawiamy, pośmiejemy się. Z czasem słyszę coraz bardziej przeciągłe ziewanie. Jeszcze mi się nie zdarzyło uśpić nikogo przez telefon ("na żywo" a i wszem), ale myślę, że wszystko przede mną. Zastanawiam się, w czym tkwi ten fenomen: mam usypiający głos, jestem nudna, za dużo gadam czy dzwoniące do mnie osoby ledwie siedzą ze zmęczenia...? Masz kłopoty z zasypianiem? Dzwoń, nie czekaj ;)
Odnalazła się paczka z książkami, a właściwie wydawnictwo wysłało drugą, bo pierwsza, choć namierzona, utknęła gdzieś w czasie i przestrzeni. Więc doczekałam się.
Mimo choroby udało mi się zajrzeć do zaśnieżonego lasu. Przejazdem. Na chwilkę.

sobota, 6 stycznia 2018

Czekanie na listonosza

Właściwie to jej nie znam. Znam ją tylko z facebooka. Zachwyciłam się kiedyś jej pracami, szyje zabawki, wkłada w nie całe serce. Poszczególne części ich ciałek zszywa na maszynie, potem je wypycha. Potem zszywa ręcznie wszystkie elementy. Potem wyszywa oczy, naszywa aplikacje, ubiera we własnoręcznie wydziergane na drutach szaliki. Guziki, stempelki, szydełkowe gwiazdki, krewniane ozdoby. Godziny spędzone nad każdym zwierzakiem. Dopieszczone, dopracowane, z myślą o odbiorcy. Kasia. Mama dwójki cudnych dzieciaków. Kiedyś wymieniłyśmy się paczkami i życiem. Ja wysłałam szydełkowego misia, koralikowe breloczki. W tamtym czasie uspokajałam myśli kompulsywnymi robótkami ręcznymi. Od Kasi dostałam renifera, królika dla B. i wiele ciepłych słów. W piątek, kiedy wtaszczyłam się na drugie piętro po dość zabieganym tygodniu, przy drzwiach za rowerem B. znalazłam wciśniętą pod ścianą zapowiedzianą paczkę od Kasi. Renifer, świąteczne serduszka i gazeta z szydełkowymi inspiracjami, którą chciała mi przysłać dwa lata temu. Poczułam się otulona czyjąś myślą, czasem, pamięcią.
Teraz szydełkuję sporadycznie, ale znajdując ciekawy pomysł, nie mogę sobie odmówić chwili tworzenia. Ostatnio więcej czytam. Też kompulsywnie. Po kilka książek jednocześnie, łapczywie, wykrawając kilkadziesiąt minut w ciągu całego tygodnia. Mogę czytać przy dźwiękach telewizora w drugim pokoju i hałasach przypominających odgłosy bitewne, wydawanych przez B. tuż obok mnie.
W święta udało mi się kilka książek skończyć. Kiedyś starałam się zachować jakiś porządek w tym moim czytaniu - skończyć jedną, zacząć następną. Teraz czytam 3-4 jednocześnie, bo zawsze trafię na cenną myśl, inspirację właśnie wtedy, gdy jej potrzebuję. Bang on time! Intuicja mi podpowiada, po co sięgnąć w danej chwili.

sobota, 30 grudnia 2017

To sum up

Mimo że minęło już południe, w cieniu sosnowego lasu szron nadal chrzęści pod butami. Drobinki lodu skrzą się na trawie i wśród mchu, niczym rozsypane kryształy. Oślepiające słońce, którego nie mogłam się już doczekać. Mroźne powietrze pachnące świerkiem i sosną. Cisza. Przypominają mi się zimowe spacery po kolana w śniegu po lesie, blisko którego kiedyś mieszkałam. B. spał w wózku, a ja nie mogłam napatrzeć się na śniegową kołderkę pokrywającą świat.

Jutro Sylwester. Nie podzielam entuzjazmu większości. Tańce - tak. Pijaństwo - nie.
W ramach podsumowania otworzyłam mój słoik szczęścia, do którego starałam się wrzucać karteczki przypominające o radosnych wydarzeniach tego roku. Wytrwałam w notowaniu tylko do czerwca, resztę tych chwil staram się zatrzymać w pamięci; część utrwaliłam wcześniej na blogu. Co znalazłam na kolorowych kartkach? Kilkanaście szalonych wyjazdów z przyjaciółmi - na koncerty, na kolacje, na spacer. Wiersz, który dostałam na imieniny. Wysłuchane modlitwy. Dopisałabym jeszcze Wyspy Kanaryjskie, Gdynię, Toruń, Podlasie, Częstochowę i Estonię, kajaki i pielgrzymkę z B., letnie bieganie, taniec w deszczu, podstępne niespodzianki od przyjaciół i dla przyjaciół, ich trwanie przy mnie, różne rekolekcje, wieczorne rozmowy, kupno domu i zamknięcie wszystkich formalności.
Dla równowagi, nie zawsze było cukierkowo. Osoby, na których się zawiodłam. Chwile samotności i powrotów do trudnych momentów z przeszłości. Duchowe wyzwania i trudności. Czas ciemności. Wszystko potrzebne i wartościowe. Nic nie dzieje się bez powodu.
Nowy rok to będzie rok zmian i wyzwań -  jeszcze zimą czeka nas przeprowadzka, a od września B. pójdzie do szkoły. W pracy wiosna zapowiada się gorąco - dużo gości z zagranicy. Reszta będzie niespodzianką.

poniedziałek, 25 grudnia 2017

Boże Narodzenie

Zapachy świąt. Zupa grzybowa z suszonych borowików, pomarańcze, pierniki, cynamon, imbir, goździki i gałka muszkatołowa, sernik pachnący arakiem, a w pokoju przy kominku świerk pachnący lasem.
Świąteczna cisza. B. u ojca. Delektuję się wszystkimi ciepłymi słowami od moich przyjaciół, które przeczytałam lub usłyszałam w ostatnich dniach. Słowa, które są jak pocałunki, złożone na moim sercu. Brzmi patetycznie, ale tak właśnie czuję. Próbuję zachować je w pamięci. Zostałam obdarowana mnóstwem niespodziewanych prezentów - tyle osób pamiętało o mnie przed świętami: książki, drobiazgi, termoforek, rękodzieło, świąteczne zapachy. Miłość wlana w nasze serca napełnia je i sprawia, że nie możemy zachować jej tylko dla siebie; musimy się nią podzielić.

Miałam wczoraj dziwny sen, z którego zapamiętałam kilka szczegółów. Był dość oryginalny, zważywszy na to, że przyśnił mi się w Wigilię. Byłam w długiej podróży, nie pamiętam dokąd. Moim samochodem podróżowali różni ludzie, po drodze różne osoby prosiły mnie o różne rzeczy, drobną pomoc. Jedna znajoma poprosiła mnie o opiekę nad swoim nowonarodzonym dzieckiem, chłopcem. Położyła go na tylnym siedzeniu. Ruszyłam w dalszą drogę. Maleństwo leżało cichutko, nie sprawiając żadnych problemów.
Podróż życia.

sobota, 16 grudnia 2017

grudniowo zimowo...

Grudzień to zawsze dla mnie intensywny czas. W tym roku jakoś tak bez rozpędu, na uchodzącym powietrzu.
Od dawna wyczekiwane roraty i poranne pobudki dużo wcześniej niż zwykle. W tym roku spóźniamy się na śpiewanie godzinek, ale staramy się z B. jak możemy, żeby za dużo nie stracić. Imponuje mi obowiązkowość mojego syna - wieczorem pytam go, czy wstaje rano ze mną. Odpowiedź jest twierdząca. Rano oglądam jego walkę ze snem; wysiłek, żeby otworzyć oczy, które nie chcą się otworzyć... Zmaganie ze skarpetkami, które nie chcą współpracować. Kłopoty z koordynacją. Pośpiech.
Ciemność rozjaśniona migoczącym światłem świec i lampionów. Roratae caeli desuper... Jedyny czas w roku, kiedy śpiewamy po łacinie. Adwent - radosne oczekiwanie. Moje w tym roku jakieś puste. Może to niedobór snu, może ogólne zmęczenie po I półroczu, może brak słońca. Niechęć do papierologii, za którą z roku na rok coraz trudniej jest mi się zabrać. Samotność.
Wyróżnienie w przedszkolnym konkursie na najpiękniejszą ozdobę bożonarodzeniową. Kolędowanie w wykonaniu dzieci, B. poważnie recytujący zwrotkę wiersza. Co roku mam to samo - łzy same cisną się do oczu. Takie wyjątkowe, świąteczne, matczyne wzruszenie.
Świąteczne szaleństwo zakupowe w pełni. Wszystkie media bombardują mnie hasłami, które mają mnie przekonać, że moje święta będą nieudane bez kolejnych gadżetów, ozdób. Perfekcyjna pani domu ma wszystko pod kontrolą, jeśli nie - nie jest perfekcyjna...
Czekam i nie czekam na święta. Czekam na odpoczynek, który przyniesie mi ciszę i brak zajęć, które z kolei nie są dla mnie łatwe. B. pojedzie do ojca - skutki pewnych decyzji, które odczuwam boleśniej w każde święta. Każdy idzie do swojego pokoju. Najchętniej poszłabym na spacer, ale głupio tak spacerować samotnie w święta... Trudne jest dla mnie radosne oczekiwanie. Bardziej jest to we mnie decyzja woli.
Czasem te szarości rozświetlają wydarzenia, których nie jestem w stanie przewidzieć. Prawdziwe prezenty. Nie spodziewałam się, że jeszcze w tym roku będę nad morzem, i to w Estonii. Regularna sauna pomogła mi się rozgrzać i rozluźnić. Stres związany z wyjazdem i tłumaczeniami okazał się niepotrzebny. Za to wyjazd był mi potrzebny... Zupełnie obcy język. Otwarci ludzie. Skandynawska zabudowa; drewniane domki ukryte wśród sosen. Deszczowy dzień ciemny i ponury, przypominający zmierzch. Bałtyk groźnie szumiący w oddali. Oślepiające słońce, przedzierające się przez warstwę chmur. Zachód słońca na Łotwie - blady błękit przechodzący w rozmytą cytrynową żółć i czarne zarysy drzew na horyzoncie.
Poczucie wdzięczności zmienia perspektywę - mnogość wypełnia brak. Daje radość, spokój. Czułam się naprawdę obdarowana tym wyjazdem.
Dziś upiekłam pierniki. Jutro lukrowanie.



czwartek, 30 listopada 2017

Pierwszy

Kolejny dzień wita mnie coraz bardziej przenikliwym chłodem. Śpię w skarpetkach. W ciągu dnia prawa ręka marznie mi szybciej niż lewa. Ciało napina się i sztywnieje z zimna.
Pierwszy śnieg. Białe drobinki nieśmiało spadające z nieba. Małe, lodowe arcydzieła. Zachwycające swoją delikatnością i precyzją wykonania. Nie ma dwóch takich samych. Każdy projekt jest unikatowy, misternie utkany z kropelek wody, głebokomrożony.
Za moment rozpuszczą się, lądując na szarym asfalcie, chodniku, siwiejących włosach, okularach.
Małe tęsknoty.
Niedobór słońca i endorfin.
Ktoś mi zgasił światło.
Szukam włącznika.
Czarno-biały świat.
Zdętwiałam trochę.
Przygotuję termofor, lampion.