niedziela, 22 kwietnia 2018

Magnolia

Wreszcie jest. Wiosna. Błękitne niebo, rześkie poranki, słoneczne dni, ciepły wiatr, bezchmurne, gwiaździste, nocne niebo. Pąki na drzewach wreszcie pękły i zimowe pustki krajobrazu zaczęły wypełniać się zielenią, nieopisanym bogactwem odcieni malowanych blaskiem słońca. Pierwsze zawilce, malutkie fiołki, stokrotki, kwitnące czereśnie, krwistoczerwone tulipany... W ciszy poranka przez otwarte okno słyszę krzyki żurawii, bażantów. Powietrze znowu pachnie. Las pachnie. Łąka pachnie... Jest pięknie.
Zaczęłam biegać. Czasem po południu, częściej wieczorem. Czasem w deszczu. Na razie sama. Czekam, aż K. dołaczy do mnie - we dwójkę biega się raźniej. Po póki co, słucham muzyki z telefonu, to zdecydowanie pomaga utrzymac dobre tempo i nie skupiać się na wysiłku. Piosenki z Gdyni.
Kilka lat temu zamarzyłam o magnolii przed domem. Niestety sprzedalam dom, zamieszkałam w bloku. Perspektywa magnolii rozmyła się w czasie. Nie wierzyłam mężowi kuzynki, który zimą stwierdził, że przed moim nowym domem rośnie magnolia. Zaniedbany krzak z włochatymi pąkami na końcach gałęzi. Jakież było moje zdziwienie, kiedy 2 tygodnie temu szare pąki zaczęły pękać i krzak okrył się białymi kwiatami! Dom z magnolią 'na wyposażeniu'. Marzenia się spełniają po cichu.
Kanapa wróciła od tapicera, więc przeniosłam się do sypialni. Za tydzień odwiedzą nas goście z daleka.

wtorek, 3 kwietnia 2018

Gdzie ta wiosna?

Kolejny Wielki Post dobiegł końca. Za mną też Triduum Paschalne i Święta Wielkanocne.
Od trzech tygodni mieszkamy już w domu. Białe meble, czerwony fotel. Czekam jeszcze na turkusową kanapę po 'tuningu' tapicerskim. Pierwsi goście, kolejni już się zapowiadają. Dawno nikogo nie nakarmiłam, nie ugościłam. Zadziwiające, za czym można tęsknić.
W pracy było tak intensywnie, że zużyłam się fizycznie i emocjonalnie. Długość listy spraw do codziennego odhaczenia zaczęła doprowadzać mnie do bezradności i odrętwienia. Na szczęście uratował mnie wyjazd na termy i chłód wody o poranku w pustym basenie. Doszłam do wniosku, że pływanie to moja najprzyjemniejsza umiejętność. Chłód wody, spokojny oddech, cichy plusk przy zanurzeniu.
W święta wyciszyłam się. Powoli ustąpił ból pleców, ciągła chrypa przeciążonego gardła. Wreszcie nadchodzi wiosna, ociepla się. W pracy nowe wyzwania, kolejna fala spraw 'na wczoraj', ale to za chwilę. Dziś jeszcze mogę poczytać, zdrzemnąć się, iść na spacer.

czwartek, 22 lutego 2018

Przeterminowane wspomnienia

Co prawda, od prawie dwóch tygodni jestem już pod innym adresem, ale dopiero teraz wrzucam kilka myśli o feriach, takich sprzed prawie miesiąca...

Zastój przeprowadzkowy zredukował mnie do kilku książek na stołku przy łóżku i sterty ubrań na stoliku.
Pojechałam do Gdyni. Wspólnotowo, z przyjaciółmi. Na antybiotyku, z gruźliczym kaszlem, który nie daje mi spać i doprowadza mnie do łez.
Bycie razem, poranna msza św., wspólna modlitwa, zajęcia w przedszkolu i zastrzyk energii na cały dzień, zwiedzanie, rekreacyjne atrakcje, wieczorne spacery po porcie i plaży, żarty i kawały, rozmowy, wspomnienia, kuchenne kino domowe. Co pozostało? Setka zdjęć, zabawne wspomnienia, przedszkolne piosenki z pokazywaniem, które wkręcają się do głowy i nie można się ich pozbyć przez cały dzień, kawały opowiadane po raz 50-ty, ale niezmiennie śmieszące słuchających.
Dzień imienin. Życzenia od najbliższych osób.

sobota, 3 lutego 2018

Znowu na kartonach

Po dwóch tygodniach siedzenia w domu miałam wrażenie, że się uduszę. Co prawda, trochę poszydełkowałam i poczytałam, ale ciągle w domu. Siedzenie w domu na dłuższą metę mi nie służy. Nastrój mi siada.
Poszłam na spacer do lasu. Było dość wietrznie, więc wpatrywałam się w bujające się korony drzew, słuchałam jak wiatr szumi i kołysze sosnami. Potem las dębowy - zrudziałe liście zaschnięte na gałęziach. Doszłam do brzegu rzeczki. Jako dziecko jeździłam tam na rowerze i zrywałam na łące koniczynę na kwiatowe wianki. Kilka lat temu ktoś wykopał tam staw, powstały mokradła.
Nie mogę się doleczyć. Dodatkowe godziny w pracy nie pomagają na nadwyrężoną krtań... Może mi kiedyś przejdzie, może we wakacje...
Przeprowadzka tuż, tuż. Dlatego znowu upycham się w kartonach. Wieczorami, kiedy nie siedzę w zadaniach bojowych 'na wczoraj', przewożę torby i pudła z dobytkiem. Która to już przeprowadzka? Znowu w lutym i do domu. Za tydzień kupuję wyczekane białe meble.

środa, 17 stycznia 2018

Wyścig

Czas pędzi nieubłaganie. Mnóstwo obowiązków, zastępstw i wyjazdów przypłaciłam anginą i przymusowym pobytem w domu. Studniówka raczej też mi nie pomogła. Nie mogłam jej odpuścić, bo miałam ochotę potańczyć i raz od wielkiego dzwonu zrobić się 'na wyjściowo'. A teraz cisza, czas z książką, ciepła herbata z malinami, miodem i cytryną, oglądanie śniegu przez okno. Odpoczynek po ostatnim tygodniu - szaleństwo w pracy, wyścig z czasem, żeby odwiedzić bardzo bliską mi osobę w szpitalu. Na szczęście skończyło się na kilku szwach na głowie i potłuczonym samochodzie. Wróciła już do pracy. Myślę, że powrót do ludzi był jej potrzebny. 
Czasem przychodzą chwile wzruszenia takiego, że nie umiem opanować łez. Tak po prostu. Zakochana para tańcząca walca. Chyba robię się coraz bardziej sentymentalna, bo historia powtarza się co roku... 
Czasem późnym wieczorem zadzwoni ktoś z przyjaciół. Rozmawiamy, pośmiejemy się. Z czasem słyszę coraz bardziej przeciągłe ziewanie. Jeszcze mi się nie zdarzyło uśpić nikogo przez telefon ("na żywo" a i wszem), ale myślę, że wszystko przede mną. Zastanawiam się, w czym tkwi ten fenomen: mam usypiający głos, jestem nudna, za dużo gadam czy dzwoniące do mnie osoby ledwie siedzą ze zmęczenia...? Masz kłopoty z zasypianiem? Dzwoń, nie czekaj ;)
Odnalazła się paczka z książkami, a właściwie wydawnictwo wysłało drugą, bo pierwsza, choć namierzona, utknęła gdzieś w czasie i przestrzeni. Więc doczekałam się.
Mimo choroby udało mi się zajrzeć do zaśnieżonego lasu. Przejazdem. Na chwilkę.

sobota, 6 stycznia 2018

Czekanie na listonosza

Właściwie to jej nie znam. Znam ją tylko z facebooka. Zachwyciłam się kiedyś jej pracami, szyje zabawki, wkłada w nie całe serce. Poszczególne części ich ciałek zszywa na maszynie, potem je wypycha. Potem zszywa ręcznie wszystkie elementy. Potem wyszywa oczy, naszywa aplikacje, ubiera we własnoręcznie wydziergane na drutach szaliki. Guziki, stempelki, szydełkowe gwiazdki, krewniane ozdoby. Godziny spędzone nad każdym zwierzakiem. Dopieszczone, dopracowane, z myślą o odbiorcy. Kasia. Mama dwójki cudnych dzieciaków. Kiedyś wymieniłyśmy się paczkami i życiem. Ja wysłałam szydełkowego misia, koralikowe breloczki. W tamtym czasie uspokajałam myśli kompulsywnymi robótkami ręcznymi. Od Kasi dostałam renifera, królika dla B. i wiele ciepłych słów. W piątek, kiedy wtaszczyłam się na drugie piętro po dość zabieganym tygodniu, przy drzwiach za rowerem B. znalazłam wciśniętą pod ścianą zapowiedzianą paczkę od Kasi. Renifer, świąteczne serduszka i gazeta z szydełkowymi inspiracjami, którą chciała mi przysłać dwa lata temu. Poczułam się otulona czyjąś myślą, czasem, pamięcią.
Teraz szydełkuję sporadycznie, ale znajdując ciekawy pomysł, nie mogę sobie odmówić chwili tworzenia. Ostatnio więcej czytam. Też kompulsywnie. Po kilka książek jednocześnie, łapczywie, wykrawając kilkadziesiąt minut w ciągu całego tygodnia. Mogę czytać przy dźwiękach telewizora w drugim pokoju i hałasach przypominających odgłosy bitewne, wydawanych przez B. tuż obok mnie.
W święta udało mi się kilka książek skończyć. Kiedyś starałam się zachować jakiś porządek w tym moim czytaniu - skończyć jedną, zacząć następną. Teraz czytam 3-4 jednocześnie, bo zawsze trafię na cenną myśl, inspirację właśnie wtedy, gdy jej potrzebuję. Bang on time! Intuicja mi podpowiada, po co sięgnąć w danej chwili.

sobota, 30 grudnia 2017

To sum up

Mimo że minęło już południe, w cieniu sosnowego lasu szron nadal chrzęści pod butami. Drobinki lodu skrzą się na trawie i wśród mchu, niczym rozsypane kryształy. Oślepiające słońce, którego nie mogłam się już doczekać. Mroźne powietrze pachnące świerkiem i sosną. Cisza. Przypominają mi się zimowe spacery po kolana w śniegu po lesie, blisko którego kiedyś mieszkałam. B. spał w wózku, a ja nie mogłam napatrzeć się na śniegową kołderkę pokrywającą świat.

Jutro Sylwester. Nie podzielam entuzjazmu większości. Tańce - tak. Pijaństwo - nie.
W ramach podsumowania otworzyłam mój słoik szczęścia, do którego starałam się wrzucać karteczki przypominające o radosnych wydarzeniach tego roku. Wytrwałam w notowaniu tylko do czerwca, resztę tych chwil staram się zatrzymać w pamięci; część utrwaliłam wcześniej na blogu. Co znalazłam na kolorowych kartkach? Kilkanaście szalonych wyjazdów z przyjaciółmi - na koncerty, na kolacje, na spacer. Wiersz, który dostałam na imieniny. Wysłuchane modlitwy. Dopisałabym jeszcze Wyspy Kanaryjskie, Gdynię, Toruń, Podlasie, Częstochowę i Estonię, kajaki i pielgrzymkę z B., letnie bieganie, taniec w deszczu, podstępne niespodzianki od przyjaciół i dla przyjaciół, ich trwanie przy mnie, różne rekolekcje, wieczorne rozmowy, kupno domu i zamknięcie wszystkich formalności.
Dla równowagi, nie zawsze było cukierkowo. Osoby, na których się zawiodłam. Chwile samotności i powrotów do trudnych momentów z przeszłości. Duchowe wyzwania i trudności. Czas ciemności. Wszystko potrzebne i wartościowe. Nic nie dzieje się bez powodu.
Nowy rok to będzie rok zmian i wyzwań -  jeszcze zimą czeka nas przeprowadzka, a od września B. pójdzie do szkoły. W pracy wiosna zapowiada się gorąco - dużo gości z zagranicy. Reszta będzie niespodzianką.